
Kiedy
William Eggleston rozpoczynał w 1965 roku swoje eksperymenty z kolorem, dobre filmy barwne istniały już od 30 lat, jednak były używane właściwie tylko przez niedzielnych pstrykaczy i fotografów reklamowych, którzy w dobie wielkiego kryzysu uatrakcyjniali średnio chodliwe towary. Naomi Rosenblum w Historii Fotografii Światowej pisze, że "większość twórczych fotografów [...] traktowało ostre kolory jako nie nadające się do właściwego przedstawienia pejzażu, wyrażania osobistych odczuć i dokumentacji panujących warunków społecznych".

John Szarkowski w
ciekawym artykule o Egglestonie napisał, że kolor był wielką komplikacją problemu już okrutnie skomplikowanego. Więcej niekoniecznie musi znaczyć lepiej - film kolorowy wprowadził chaos do świata fotografii, który pierwszy wiek swojego istnienia spędził na uczeniu się jak wykorzystywać odcienie szarości. Większość profesjonalnych fotografów po okresie frustrujących eksperymentów z nowym typem filmu, wróciła po prostu do starego i sprawdzonego filmu czarno-białego. Jeżeli już musieli robić kolorowe zdjęcia, robili je bez entuzjazmu ani pewności.

Problem koloru był rozwiązywany na dwa sposoby. Pierwszy polegał na nie zwracaniu na niego uwagi - robiono zdjęcia kolorowe tak, jakby były czarno-białe, a kolor stanowił tylko efekt uboczny. Takie zdjęcia według Szarkowskiego były nieforemne (no bo jeżeli zostały zrobione bez uwzględnienia koloru, jak zdjęcia czarno-białe, to właśnie taka forma byłaby dla nich właściwa), jednak dosyć ciekawe.
Druga grupa zdjęć pokazywała piękne kolory w miłych dla oka relacjach - te fotografie były po prostu ładne i tyle, a przedstawiały na przykład jakieś ściany starych budynków, czy dzioby statków odbite w falującej wodzie. Ich nieszczęśliwa dola polegała na tym, że w najlepszym wypadku przypominały podobne, ale jednak nieporównywalnie lepsze, dzieła Jacksona Pollocka (tego co bryzgał i wytryskiwał) albo Picassa (trochę poligonów, parę funkcji, mało ciapaji - coś dla inżyniera). Nie zostało to napisane wprost, ale zgaduję, że problemem tych zdjęć był w pewnym stopniu brak treści. Kant pisał (przynajmniej tak mówi
Wikipedia), że barwy są jedynie „rzeczą powabu” i nie mogą przedmiotu „uczynić godnym oglądania ani pięknym”.

Ale już siedzę cicho, bo się nie znam na tym...

Nieważne - załóżmy, że Szarkowski wie co mówi, był w końcu od 1962 do 1991 dyrektorem departamentu fotografii nowojorskiego
Metropolitan Museum of Modern Art (Moma) i to właściwie on odkrył Egglestone'a. Najważniejsze jest to, że kolor był problemem i jeżeli już był wykorzystywany, to raczej niewłaściwie. Natomiast początek prawdziwej fotografii barwnej, moment, w którym stała się ona sztuką, jest nierozerwalnie związany z Egglestonem - przynajmniej według Szarkowskiego.

Oczywiście taki punkt widzenia i same zdjęcia Egglestona pokazane w 1976 roku w
Moma, spotkały się z krytyką. Sean O'Hagen w
artykule "Out of the ordinary" pisze, że Hilton Kramer, najbardziej konserwatywny i wpływowy amerykański krytyk, nie zgadzając się z twierdzeniem Szarkowskiego o perfekcyjności fotografii Egglestona napisał: "Perfekcyjnie banalne - być może. Perfekcyjnie nudne - z pewnością".
Sam Egglestone mówi: "Tłumaczenie ich nie miałoby żadnego sensu. W pewnym sensie osłabiłoby je. Ludzie zawsze chcą wiedzieć kiedy coś zostało zrobione, gdzie i, Bóg jeden wie, czemu. To staje się naprawdę absurdalne. One są na wyciągnięcie ręki, czymkolwiek by nie były".

Czym właściwie są? Na pewno czymś więcej niż tylko katalogiem rzeczy i miejsc, zapisem "wulgarnej, nowej powojennej Ameryki fast foodów, plastiku i neonu".
Jest w nich jakaś tajemnica. Coś ukrytego i niedostępnego. Drugie dno. Jakaś nieopowiedziana historia, którą chciałoby się usłyszeć.
Można też po prostu na nie spojrzeć i stwierdzić: 'kurde, jakie zajebiste kolory' (i to tyle jeżeli chodzi o moją próbę oceny zdjęć z formalnego punktu widzenia :).
Jak pisze Sean O'Hagen, sztuka Egglestona jest "zarówno zwykła jak i obciążona znaczeniem, zupełnie prosta, jednakże nieskończenie złożona".

Sam Egglestone jest niesłychanie ciekawą i dosyć ekscentryczną postacią. Urodził się na południu Stanów Zjednoczonych i większość jego zdjęć, jeżeli nie wszystkie, właśnie tam zostało zrobionych. Był kochankiem Vivy - gwiazdy Andego Warchola i ciągle jest najlepszym przyjacielem Jima Beama i Jacka Danielsa.
Jak decyduje co fotografować i kiedy zrobić zdjęcie?
"Po prostu czekam aż się pojawia. (...) Zazwyczaj jestem bardzo zadowolony, kiedy uzyskuję obraz. Jest zazwyczaj dokładnie tym, co widziałem."

"Nie mam palącej potrzeby wychodzenia na zewnątrz i dokumentowania czegoś. To po prostu dzieje się wtedy, kiedy się dzieje. To nie jest świadomy wysiłek ani walka. Nie robiłbym tego gdyby tak było. Nigdy do mnie nie przemawiała idea cierpiącego artysty. Bycie tutaj jest wystarczającym cierpieniem."


"Generalnie, dla mnie, człowiek nie jest strasznie interesujący do oglądania na fotografiach. To co robi jest bardziej interesujące. Przypuszczam, że to dlatego moje zdjęcia przedstawiają rzeczy lub miejsca. To praktycznie nigdy nie są portrety."



